O strategii w przywództwie pisze dla nas dr Sławomir Króliczek – Prezes Aureus Leasing Sp. z o.o.

W świecie literatury biznesowej strategia to majestatyczna latarnia morska, która oświetla drogę statkowi zwanemu Przedsiębiorstwem. Autorzy mądrych ksiąg, z których każdy ma na okładce zdjęcie w pozie „zamyślonego myśliciela”, każą nam wierzyć, że Prezes to brodaty kapitan z sekstantem w ręku, który precyzyjnie wyznacza kurs między rafami konkurencji a mieliznami niskiej marży.
W rzeczywistości polskiego biznesu, którą obserwuję z bliska od 2007 roku, strategia to zazwyczaj to, co szef wymyślił w poniedziałek rano, bo w niedzielę wieczorem obejrzał na YouTube film o tym, jak Elon Musk podbija Marsa, a potem do trzeciej rano nie mógł zasnąć, zastanawiając się, dlaczego on jeszcze nie ma własnej rakiety, tylko rdzewiejącego vana z nieszczelną chłodnicą.
Prezes nigdy nie powie: „Słuchajcie, prawda jest taka, że nie mam zielonego pojęcia, co wydarzy się w przyszłym kwartale. Właśnie przeczytałem, że znowu zmieniają zasady składki zdrowotnej, nasz jedyny handlowiec, który wiedział, jak obsłużyć ten przedpotopowy program magazynowy, właśnie rzucił papierami, bo chce zostać pszczelarzem na Podlasiu, a jedyny plan, jaki mam, to biegać bardzo szybko w losowych kierunkach i liczyć na to, że w coś w końcu trafimy i to coś nas nie zabije”. Zamiast tego, z powagą godną chirurga przed operacją, ogłasza przy wspólnym stole, między jedną a drugą kawą z fusami: „Drodzy państwo, po dogłębnej analizie rynkowej wchodzimy w fazę dynamicznej adaptacji. Kończymy z tym, co robiliśmy w zeszłym tygodniu. Teraz idziemy w innowacyjną dywersyfikację portfela”.
Co to oznacza w tłumaczeniu z „prezesowego” na ludzki? Rozbijmy to na czynniki pierwsze: 1. Dynamiczna adaptacja: To nic innego jak biurowy odpowiednik uniku w boksie. Oznacza, że szef będzie zmieniał zdanie trzy razy dziennie, zazwyczaj po rozmowie z kumplem, który „ma znajomego w Niemczech i tam teraz wszyscy w to idą”. Dla zespołu to sygnał: „Bądźcie w butach do biegania i nie przywiązujcie się do swoich maszyn – od teraz robimy coś zupełnie przeciwnego, a te palety, co je wczoraj przywieźli, trzeba będzie pewnie odesłać”. 2. Innowacyjna dywersyfikacja: To eleganckie określenie na fakt, że nasz główny produkt przestał schodzić, więc będziemy teraz handlować czymkolwiek, co nawinie się pod rękę, byle tylko wystarczyło na leasingi w przyszłym miesiącu. 3. Analiza rynkowa: Szef przejrzał OLX i zobaczył, że konkurencja z sąsiedniej gminy wystawiła podobny towar 20 proc. taniej.
To wystarczy, by ogłosić stan wyjątkowy i zarządzić „optymalizację”. Prawdziwa strategia w MŚP często powstaje w trybie „ratuj się kto może”, doprawionym solidną szczyptą megalomanii.
Pamiętam pewnego właściciela hurtowni, który jeszcze w tamtych zamierzchłych czasach, gdy kredyty we frankach wydawały się szczytem bezpieczeństwa, ogłosił wszem i wobec „Strategię Błękitnego Oceanu”. Brzmiało to niezwykle dumnie. Dopiero po wejściu na magazyn okazało się, że ten błękitny ocean to po prostu całkowity brak jakichkolwiek zamówień. Był na tym „oceanie” zupełnie sam, bo nikt nie chciał kupować jego towaru, ale szef do końca wierzył, że jest pionierem, a nie po prostu gościem z pełnym magazynem niesprzedawalnego złomu.
Szef w MŚP boi się przyznać do niewiedzy bardziej niż kontroli z PIP-u. Myśli, że musi być jak nawigacja w jego kilkuletnim Audi – zawsze zna drogę, nawet jeśli satelita właśnie spadł na ziemię. Tymczasem polski biznes to nie jest elegancka partia szachów. To raczej gra w „Państwa-Miasta” z rynkiem, który co chwilę zmienia dozwolone litery, znienacka zabrania używania słów na „Z” i w połowie rundy oblewa Cię letnią herbatą, krzycząc, że od teraz zasady są takie same jak w chińczyku, tylko pionki trzeba sobie wystrugać samemu.
Prezesi uwielbiają też „strategię przez komplikację”. To trik stary jak świat: im trudniejszych słów użyje szef przy rozładunku towaru, tym bardziej czuje, że panuje nad sytuacją. Jeśli powie: „Musimy więcej sprzedawać, bo nie ma kasy na ZUS”, brzmi to jak kapitulacja. Ale jeśli powie: „Musimy zintensyfikować penetrację rynku wertykalnego i zadbać o synergię między działem sprzedaży a logistyką” (czyli między panem Mietkiem a jego synem), to od razu czuje, jak prestiż firmy rośnie o kilka punktów.
Największy sekret gabinetu – a w zasadzie biurka zawalonego segregatorami, przy którym Prezes siedzi w koszuli z podwiniętymi rękawami? Najlepszą strategią, o której marzy Twój szef każdej nocy, jest po prostu przetrwanie do piątkowego popołudnia. Bez awarii wózka widłowego, bez kolejnego „pisma z okienkiem” z urzędu i bez nagłego buntu załogi, bo „w firmie obok dają o dwa złote więcej na godzinę”. O tym jednak nigdy nie usłyszycie na oficjalnym spotkaniu. To prawda, która zostaje między Prezesem a jego odbiciem w brudnej szybie biurowego okna, gdy wszyscy już pójdą do domu.
Pamiętajcie, strategia to często po prostu makijaż nałożony na twarz czystej paniki. Dobry makijaż sprawia, że firma wygląda stabilnie, nawet jeśli właśnie jedzie na rezerwie, a właściciel zastanawia się, czy nie zastawić prywatnego auta, żeby zapłacić ludziom na czas. Jeśli Twój Prezes mówi, że ma „wizję na dekadę”, sprawdź najpierw dyskretnie, czy wie, skąd wziąć kasę na przyszłotygodniową fakturę za paliwo.
Bo w biznesie wizjoner od wariata różni się tylko jedną, subtelną rzeczą: temu pierwszemu w końcu przypadkiem coś wyszło i zdążył to szybko nazwać „realizacją kamienia milowego”.
My w Grupie Aureus po prostu staramy się, żeby ten „przypadek” miał jakiekolwiek oparcie w matematyce i zdrowym rozsądku, a nie był jedynie wynikiem prezesowskich snów o potędze śnionych po ciężkiej kolacji biznesowej.





























